Strona główna
Magazyn Arigato - Chibi
Recenzja mangi: Great Teacher Onizuka

Miało być bardziej wesoło i tradycyjnie, ale z racji tego, że w necie można znaleźć całą kupę typowych recenzji GTO, u nas będzie inaczej...

Szkoła. Ile cierpień i utrapień przysparza młodemu człowiekowi o tym wie tylko on sam. Program nauczania (napięty jak struna głosowa w gardle śpiewaczki) powoduje, że brakuje czasu na prywatne życie. Do tego nauczyciele jacyś tacy nieużyci są. Czepiają się o wszystko i patrzą z góry. Czasem zrobią niezapowiedzianą kartkówkę, czasem zdołują wymyślnymi słowy. W każdym razie to stare zgredy niekumające o co w życiu chodzi. Kto by się tam z nimi chciał zaprzyjaźnić?

Eikichi Onizuka (lat 22, kawaler) też tak uważał... do momentu, gdy przyszło mu stanąć po "drugiej stronie barykady". Z chuligana, społecznego wyrzutka, okolicznościowego złodziejaszka i permanentnego podglądacza stał się nagle NAUCZYCIELEM. I to takim, że uczniowie nie tylko go zaakceptowali, ale pokochali z całego serca. Droga, jaką przebył nie była ani łatwa, ani przyjemna, ale z pewnością wiele nauczyła i jego i młodzież, z którą pracował. Dostała mu się najgorsza, najbardziej rozwydrzona klasa w całej szkole. Niesubordynacja i złośliwość to były hasła przewodnie, przyświecające bandzie małoletnich terrorystów w wykańczaniu kolejnych wychowawców. Ale trafiła kosa na kamień. Eikichi - zdopingowany swoimi prywatnymi powodami (młodociane panienki, darmowy pokaz bielizny, długie wakacje, wycieczki szkolne) postanowił za wszelką cenę przeżyć i pokazać, że twardym kolesiem jest. Krok po kroku (a może właściwiej byłoby napisać - osoba po osobie) przeciągał na swoją stronę kolejnych uczniów. Robił to z wdziękiem słonia w składzie porcelany, w sposób niekonwencjonalny i pozornie niepedagogiczny, o co mieli pretensje inni nauczyciele, którzy uważali, że obecność w ich gronie kogoś takiego przekracza wszelkie granice dobrego smaku. No bo jak facet po marnym uniwersyteciku Eurasia może równać się z absolwentem Todai czy Waseda? Jak można z nim w ogóle przebywać w jednym pomieszczeniu, nie wspominając o braku płaszczyzny do rozmowy? No i jeszcze ten kolczyk w uchu i przefarbowane na blond włosy! Lumpenproletariat spod budki z piwem, proszę państwa, a nie nauczyciel! Interesujące jest, że im więcej poparcia miał Onizuka wśród uczniów tym bardziej nienawidzili go "koledzy po fachu". Czyżby zawodowa zawiść?
Pierwszym i największym wrogiem Eikichiego jest przewodniczący Uchiyamada. Niefortunny sposób, w jaki panowie się poznali (Tom drugi, Lekcja ósma: Obmacywacz w autobusie) mógł nieco wpłynąć na jego niechęć. Uchiyamada jednak ma w sobie wiele pogardy dla ludzi gorzej wykształconych, z "bogatą" przeszłością i pięknie zapełnioną kartoteką policyjną. Nie wierzy w resocjalizację. Dla niego śmieć pozostanie śmieciem. Nie umie docenić faktu, że taki dziwaczny facet z rozjaśnianymi włosami doskonale dogaduje się z młodzieżą, z którą do tej pory były same problemy. W jego głowie rodzą się kolejne plany wysiudania młodego nauczyciela ze szkoły.
Magister WF Fukuroda (obleśny typ swoją drogą, obmacywacz i świntuch) również nie może zdzierżyć obecności Onizuki. Co prawda nie dyszy nienawiścią jak Uchiyamada, ale koniecznie chce udowodnić, że lepszym człowiekiem jest ten, kto skończył bardziej znaczącą uczelnię.
Absolwent matematyki uniwersytetu Todai, Teshigawara nie potrafi zrozumieć, co skłoniło panią dyrektor do zatrudnienia osobnika o kulturze rynsztokowej i wyglądzie prosto z motocyklowego gangu. Czuje się głęboko urażony, kiedy musi przebywać z takim wyrzutkiem w tym samym pokoju. No i jakim prawem ten goryl pcha się z łapami do jego ukochanej, wyśnionej, wymarzonej Azusy Fuyutsuki?                       
Pan Sakurai od angielskiego, jako nałogowy kujon i pasożyt książkowy również wiele by dał, żeby ten śmieszny kolo - lubujący zabawiać się na lekcjach w cosplay, wyleciał ze szkoły z hukiem. Gwałcenie nauczycielskiego dobrego imienia powinno być według niego karalne.

Co z tego, że Uchiyamada lubi w autobusie w drodze do pracy macać pupy młodych kobiet? Co z tego, że Fukuroda wymaga od uczennic żeby biegały na WF-ie w szortach i obcisłych koszulkach (ach te podrygujące w biegu pośladki... ach te podskakujące cycuszki) i czyni to bez względu na pogodę? Co z tego, że Teshigawara jest sfiksowanym na punkcie jednej kobiety facetem, który śledzi ją 24 na ha? Cóż z tego, że Sakurai jest fetyszystą i kręci filmy w dziewczęcej toalecie zakradając się tam przez kanały ściekowe? Żaden z nich nie ma sobie nic do zarzucenia. Każdy uważa siebie za lepszego od tego jakiegoś łachmyty w worowatych gaciach. To Onizuka jest zły, bo pokazuje, że podobają mu się dziewczyny. To Onizuka jest zły, bo czasami zachowuje się jak szczeniak i trudno odróżnić go od jego uczniów. To wreszcie Onizuka jest zły, bo w sporze między nauczycielami a uczniami zawsze staje po stronie tych ostatnich. No jak takiego można lubić?

Faktem jest, że nasz wspaniały bohater rzeczywiście jest ignorantem. Braki w elementarnej wiedzy - tak często wyszydzane przez innych pedagogów, niekiedy powalają na kolana. Ale czy naprawdę wiedza jest tak ważna? Czy naładowanie głowy różnymi faktami pozwoli młodym ludziom odnaleźć się w zwyczajnym życiu? Czy setki testów przygotują ich do dorosłości? Czy opuszczą szkolne mury przesiąknięci wiadomościami, które w żaden sposób nie pomogą im rozwiązywać prywatne problemy? W końcu takie informacje można znaleźć w każdym podręczniku.
Niedouczony, nieokrzesany Onizuka potrafi jednak pokazać dzieciakom co to znaczy zaufanie, przyjaźń, odpowiedzialność. Na własnym - wybrakowanym, przykładzie demonstruje, co trzeba zrobić, kiedy złożyło się obietnicę (sprawa ze skradzionymi pieniędzmi przeznaczonymi na Zieloną Szkołę). Jak należy się zachować, gdy komuś dzieje się krzywda (sprawa porwania Hidemi Ohta). Komu przetrzepać skórę (słynny przerzut mostkiem przy pomocy przewodniczącego Uchiyamady), a komu odpuścić (sprawa Kikuchiego i fotomontaży).
Nie jest przy tym pozbawiony przywar. Jego ekstrawertyczne usposobienie sprawia, że wszystkie uczucia wylewają się z niego jak z dziurawego wiadra. Onizuka nie tłumi swoich "humorów". Jeśli jest wściekły to aż cały się trzęsie, jeżeli wesoły, to zachowuje się jak rozradowany piesek. Kiedy ktoś go zdołuje, chowa się w jakimś kącie i użala nad sobą. A gdy czuje się zraniony obmyśla krwawą zemstę. Ten emocjonalny wulkan zupełnie nie konweniuje z obrazem pedagoga, do jakiego młodzież jest przyzwyczajona. Zamknięci w sobie, nieufni uczniowie są oszołomieni tym, że nauczyciel - osoba stojąca wyżej w hierarchii szkolnej, potrafi rozmawiać z nimi jak równy z równym. Krok po kroku Onizuka zdobywa kolejne serca, a grono jego małoletnich przyjaciół stale się powiększa.

Strasznie to musi być nudne, powiecie. Takie moralitety to nie dla mnie.
No i błąd, szanowni państwo, bowiem Tohru Fujisawa ubrał fabułę w fantastyczny, powalający humor. Już nawet nie sfera dialogowa, ale sam rysunek przyprawia o niekontrolowane wybuchy śmiechu. Fenomenalne SD wywołują radosne kwilenia, spazmy, łzy radości a w efekcie usmarkanie się czytelników po pachy. Ileż to razy musiałam sięgać po chusteczki, żeby się nie ogilać. Czytając GTO w środkach transportu miejskiego możemy być posądzeni o fiksum-dyrdum, bądź inną równie niebezpieczną przypadłość umysłową. Rechotanie, skrzeczenie tudzież nagła i niespodziewana czkawka to efekty uboczne tej lektury.
Wszyscy przyzwyczajeni do gładkich buziek i wielkich oczu powinni nastawić się na coś całkowicie odmiennego. W GTO jest co prawda śladowe zaznaczenie ust i nosów oraz występuje nieco zmieniona proporcja pomiędzy długością tułowia a nóg (zgodna z kanonami mangowymi), lecz autor bardziej skłania się do przekazania nastrojów i uczuć poprzez mimikę, co powoduje przeróżne deformacje twarzy bohaterów. I nie mówię tu tylko o super deformed. Odmalowanie charakteru na facjacie rodzi wiele postaci o niepięknych obliczach. Weźmy takiego Saejimę. Niby policjant, a z gęby jedzie cwaniakiem. Okazuje się, że po godzinach koleś handluje pornosami, mąką, która udaje narkotyki, krowami, smarem i Bóg jeden wie czym tam jeszcze. Jego prawdziwa natura wymalowana jest na tym wrednym ryju i nie zmylą nas ani gładkie gadki ani przymilny
uśmiech.
Wielbiciele pięknych dziewic nie znajdą tu dla siebie obiektu, na którym mogliby zawiesić nie tylko oko, ale i cokolwiek innego. Panie, co prawda szczególnie szpetne nie są, lecz nie znajdzie się pośród nich ani jedna, która nadawałby się na "rozkładówkę". Ale w GTO nie o to przecież chodzi. Tu liczy się treść oraz ekspresja, z jaką jest ona przekazana. I to autorowi udało się wyśmienicie. Świetna kreska podkreślająca emocje równie dobrze eksponuje ruch. Efekt "dziania się" został osiągnięty prostymi zabiegami graficznymi (przede wszystkim sugestywną mimiką i pozą, z dość częstym użyciem linii i napisów  wspomagających ruch). Mimo wielkiej szczegółowości kreski czytelność kadrów jest pierwszorzędna. Idealne rozłożenie okienek i dialogów sprawia, że przelatujemy przez kolejne tomy mangi jak burza. Jednym słowem od strony technicznej jest to modelowy przykład idealnego dopasowania charakteru grafiki do treści.

GTO zlicencjonowany został przez <i>Waneko</i> tak więc nie musimy przekopywać się przez internetowe wyszukiwarki żeby znaleźć kolejne tomy. Wystarczy zajrzeć do empiku albo choćby na stronę wydawnictwa lub na Allegro. Fenomenalne tłumaczenie pierwszego tomu zawdzięczamy Aleksandrze Watanuki i Mateuszowi Łukasikowi. Dużo potocznego języka i rodzimego dowcipu sprawia, że mangę Fujisawy czyta się jeszcze przyjemniej. Od drugiego do szóstego tomu za polską wersję odpowiedzialna jest pani Watanuki. Powiedziałabym, że jest nieco gorzej, ale to chyba raczej kwestia ustabilizowania się fabuły, nie zaś jakości translacji. Co mnie jednak niezmiennie drażni to nadmierne "spolszczenie" tekstu. Zdaję sobie sprawę, że niektóre gry słowne wymagają całkowitego przeniesienia na rodzimy grunt, ale dla przykładu zastąpienie nazwisk japońskich gwiazd popkultury jakimiś szmatławymi polskimi wyjcami zupełnie nie przypadło mi do gustu. Jeszcze silniej ta kwestia zarysowuje się od tomu siódmego, kiedy to tłumaczenia podejmuje się Piotr "Tori" Ptaszyński. Niestety okazuje się, że temu ostatniemu nie staje... polotu językowego. Teksty się powtarzają na tyle często, że przestają być śmieszne. Przypuszczam, że brak kontaktu z żywym potocznym językiem młodzieżowym też ma tu duże znaczenie, bowiem pan Ptaszyński rzuca od czasu do czasu jakimiś spleśniałymi i zatęchłymi wyrażeniami. Od razu nasuwa mi się skojarzenie z zagramanicznymi filmami z lektorem, gdzie anglojęzyczny bohater krzyczy: "Ju mader faker idiot, ju sonowbicz" zaś z offu słyszymy: "Nie masz piątej klepki, głupku". Ale prawdziwy fan GTO i to jest w stanie wytrzymać. Wystarczy jedna wściekła mina Onizuki i cała złość na tłumacza mija.

Niestety oprócz równi pochyłej jeśli chodzi o tłumaczenie nie jest też dobrze z korektą. Poważne i znane wydawnictwo, jakim jest Waneko nie powinno sobie pozwolić na to, by ilość literówek przekraczała 5 sztuk na tom. A tu od części 10 co kilka stron byk jak wieloryb. A to Anko Uehara nagle dostała drugiego "a" w imieniu zmieniając się na "Anako", a to w jakimś innym słowie zabrakło "i" albo "a". A to Yoshikawa raz ma na imię Noboru a raz Noburu. A to uniwersytet Onizuki to Eurasia w porywach do Eurasja. I tak dalej i dalej. Żadna polska grupa skanlacyjna   nigdy w życiu nie pozwoliłaby sobie na takie niechlujstwo. Bo to już nie jest przeoczenie a niechlujstwo. Kiedyś - być może przy okazji streszczania kolejnych tomów GTO pospisuję sobie wszystkie tekstowe potknięcia i prześlę to wszystko pani Katarzynie Parcia (odpowiedzialnej za korektę mangi) z życzeniami powrotu do zdrowia dla jej chorych oczu. Na razie jednak muszę zacisnąć oczy i cieszyć się tym, co mam, czyli dziewiętnastoma tomami świetnej, porywającej, dowcipnej i niepowtarzalnej opowieści o zwariowanym nauczycielu i jego uczniowskiej gromadce.

 

Tytuł Great Teacher Onizuka
Autor Fujisawa Tohru
Wydawca Kodansha
Rok wydania 1997
Polskie tłumaczenie Waneko
Gatunek komedia, seinen, geika
Ilość tomów 25

Anna "Lau" Ćwik

Magazyn Argiato Wejdź na forum