Sposób na traumę po Grobowcu Świetlików - historia rodzeństwa w otoczeniu wiejskiej natury. Jeden z najlepszych filmów studia Ghibli.
To anime jest piękne. Na tym skończyłbym ową recenzję i pewnie sporo osób by uwierzyło. Ale tak to już jest, że jak się rzuca jakieś słowa w eter, warto poprzeć je czymś więcej. Ponadto często można się spotkać z opinią, że jest to film dla dzieci. Nie wiem czy to wynik ludzkiej ignorancji, głupoty, braku wyobraźni czy czegoś innego - w każdym bądź razie przejdźmy do ważniejszych rzeczy.
Rzecz się dzieje w latach 50/60 XX wieku w małej wiosce w Japonii, do której przeprowadza się typowa japońska rodzina, ze względu na chorobę matki. Dwie dziewczynki - Satsuki i jej młodsza siostra Mai są ze zmiany otoczenia nawet zadowolone, mnóstwo czasu spędzają na zabawie w pobliskim lesie i odkrywają wszystkie zakamarki starego domu, w którym przyszło im mieszkać. W jednym z ogromnych drzew znajdują legowisko Totoro - jednego z duchów lasu. Bardzo szybko zaprzyjaźniają się z dziwnym stworem oraz z dwoma małymi totorzątkami. Tę sielankę przerywają wieści ze szpitala - mama Mai i Satsuki nie może wrócić do domu w obiecanym terminie. Młodsza córka postanawia na własną rękę do niej wyruszyć...
To co odmienne od większości filmów Miyazakiego to brak fabuły. Jedynym dramatycznym wydarzeniem jest tu "ucieczka" Mai z domu. Cała reszta to pokazanie spokojnego życia na wsi oraz urzeczywistnienie tego, co wyobrażają sobie dzieci. Tutaj nie liczy się realizm, bezduszność, okrucieństwo - pomimo przykrych rzeczy, które spotykają dziewczynki są one dalej radosne, pełne życia - wręcz promienieją. Dzięki kreacji uśmiechniętego włochacza Totoro, Miyazaki za jednym razem pokazał jak zdegenerowani są już dorośli, a jak rozmaite problemy wyglądają obserwowane przez dzieci. To tu ujawnia się ta sławna magia Boga Anime. Okazuje się, że dzięki odrobinie wyobraźni nie ma rzeczy niemożliwych. To jest po prostu piękne, jak z anime może emanować taki optymizm i nadzieja.

Można zauważyć, że więcej wątków jest tu przeznaczonych dla starszej widowni niż dla tej młodszej. Oglądając Tonari no Totoro nie sposób powstrzymać fali sentymentalizmu, która nachodzi każdego, kto tylko sobie przypomni czasy, gdy miał 8 lat. Czasy kiedy wszystko było możliwe są jednak już poza zasięgiem dorosłych - oni nie mogą zobaczyć Totoro. Skupieni na pracy, czy własnych problemach nawet nie starają zbliżyć się do świata magii. To właśnie takie osoby ten film będzie nudził, nie będą w stanie zrozumieć, o czym tak właściwie jest. Trzeba choć na chwile wczuć się w mentalność dziecka, która pozwala na pełne zrozumienie anime. Naprawdę warto.
Grafika jest bardzo charakterystyczna dla studia Ghibli - piękne, dokładne i szczegółowe tła - głównie natury i scenerii leśnej zachwycą prawie każdego. Może nie jest to poziom Spirited Away ale nie należy zapominać, że tytuł jest z 1988 roku. Podobała mi się także kreacja postaci. Na twarzach widoczne są bardzo wszystkie emocje, Płynna animacja pogłębia wrażenie, że mamy do czynienia z dziełem świetnie zrobionym.
Muzyka to przede wszystkim dominacja jednego tytułu, który miał chyba każdy na ustach, kto oglądnął Totoro. Mowa tu oczywiście o endingu w wykonaniu Azumi Inoue. Ta prosta piosenka wręcz idealnie oddaje nastrój filmu, a sama w sobie jest niezwykle magiczna i urokliwa. Zauważalne są także jej wersję instrumentalne, reszta soundtracku wypada nieco gorzej i na pewno nie można powiedzieć o niej tyle dobrego, co chociażby w Kaze no Tani no Naushika. A szkoda...
To anime jest piękne... A tak, to już pisałem... Zachęcam wszystkich gorąco do zobaczenia naprawdę niezwykłego dzieła. Na drugi tego rodzaju film do tej pory nie trafiłem. Postępująca cywilizacja zapewne coraz rzadziej będzie zwracać się ku takiemu typowi myślenia. Każdy kto choć troszkę tęskni do pięknych, bajkowych czasów zapewne będzie urzeczony tym tytułem. Pokusiłbym się także o dodanie Tonari no Totoro do anime obowiązkowego, dla każdego, kto w ogóle japońską animacją jest zainteresowany. Nie wspomnę już o miłośnikach studia Ghibli, którzy zapewne widzieli film już kilka razy...
Marcin "Suzume" Wróbel



