Proszę szanownej publiczności. Oto porywam się z motyką na słońce, bowiem opisywane anime jest niecodziennej urody, a zaplecze techniczne tak znamienite i zacne, że aż się boję, czy sprostam temu jakże odpowiedzialnemu zadaniu. Ale dość lania wody rozpocznijmy podróż w zaczarowany świat Hayao Miazakiego. Każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z tym nazwiskiem wie doskonale, że jest ono gwarantem dobrego kina animowanego. Nie zdarzyło się jeszcze, by spod ręki tego reżysera wyszedł wizualny gniot. Zazwyczaj Miyazaki sam pisze scenariusze do swoich filmów, jednak w przypadku Hauru no Ugoku Shiro posłużył się opowiadaniem brytyjskiej pisarki Diany Wynne Jones. Jeśli chodzi o trzymanie się faktów zachował się jak małoletnie dziecko, które wydłubuje rodzynki z dopiero co upieczonego przez babcię keksu. Wybrał wszystkie interesujące wątki, coś odrzucił coś dopisał i tak powstał scenariusz, na podstawie którego studio Ghibli stworzyło film.

Rzecz się dzieje w bliżej nieokreślonym świecie, który zapewne bliższy byłby Edwardowi Elricowi niż nam. Otóż Sophie Hatter - dziewczę rozsądne, obowiązkowe i na wskroś odpowiedzialne prowadzi odziedziczony po zmarłym ojcu sklep z kapeluszami. Rodzinna tradycja kapelusznikarska nakazuje, by interes się kręcił bez względu na indywidualne zainteresowania i przekonania prowadzących go osób. Choć dziewczyna mieszka w mieście niewiele ma czasu na to, by korzystać z jego uroków, ponieważ większość czasu poświęca pracy. Podczas jednej z nieczęstych wizyt spotyka tajemniczego młodzieńca Howla (uroczo przerobionego przez Japończyków na Hauru - stąd w polskiej wersji językowej pojawiło się właśnie to zmienione imię), który ratuje ją od niemiłej przygody. Ten z pozoru mało znaczący incydent będzie punktem zwrotnym w poukładanym i nieciekawym życiu Sophie. Wieczorem w sklepie z kapeluszami pojawia się bowiem Wiedźma z Pustkowia (w niektórych tłumaczeniach występująca jako Czarownica z Bagien albo Wiedźma z Bagien). Powodowana zazdrością o pięknego Hauru zamienia pannę Hatter w dziewięćdziesięcioletnią starowinkę. Nie ma to jak działanie na zasadzie "pies ogrodnika". Biedna Sophie wstydząc się swojej nowej postaci wyrusza w świat. Ma nadzieję, że znajdzie sposób by powrócić do pierwotnego wyglądu. Towarzyszy jej skrzyżowanie dywanu z kanapą, czyli piesek Hihn. Po drodze Sophie spotyka Rzepa - stracha na wróble, który wydaje się być osobnikiem nieśmiałym i płochliwym. Wędrują sobie razem, staruszka na przedzie a strach kilka kroków za nią, aż docierają do dziwacznej ruchomej bryły przypominającej śniegową kulę, która przeleciała przez gęsto zabudowaną osadę i wchłonęła w siebie domy, ogrodzenia oraz inne elementy architektoniczne. To siedziba Hauru - poznanego wcześniej przystojniaka, który okazuje się być wielce uzdolnionym czarodziejem. Razem z nim mieszka tam Mark (w tym wypadku wersje translatorskie obejmują również imię Markl a nawet Michael) - chłopiec pełniący rolę służącego oraz Calcifer - demon ognia, dzięki któremu niesamowity zamek wprawiany jest w ruch. Sophie znęcona przez Calcifera obietnicą pomocy rozpoczyna pracę u czarodzieja i właściwie dopiero od tej chwili możemy w pełni docenić geniusz mistrza Miyazakiego. Przemieszanie typowo zachodnich tematów z elementami kultury Dalekiego Wschodu daje mieszankę piorunującą, która powoduje, że widz zostaje wciśnięty w fotel i na kilkadziesiąt minut zatapia się w kolorowy i tajemniczy świat. Wiele krąży opinii o trudnościach z ogarnięciem treści. Widzowie narzekają niekiedy na kłopoty z połapaniem się o co chodzi i kto jest kim. Ale nawet te drobne niedociągnięcia nie pozostawiają negatywnego wrażenia i nie wywołują szczególnie druzgocących komentarzy. Zwyczajnie nie da się nie lubić filmu, który wyszedł spod ręki Miyazakiego i studia Ghibli.
Jak można się domyślić graficzna strona Hauru Ugoku no Shiro stoi na wysokim poziomie. Kreska - tak charakterystyczna dla dzieł Miyazakiego, nie rzuca co prawda na kolana, ale i nie wywołuje rozczarowania. W moim odczuciu prostota przedstawienia postaci jest bardziej zaletą niż wadą. W połączeniu z bardzo wyrazistymi i szczegółowymi tłami całość przedstawia się bardzo estetycznie. Nie przytłacza ilością detali, pozwala bez przeszkód śledzić akcję i nie odciąga uwagi od fabuły. Anime spod znaku wytwórni Ghibli odznaczają się również wyśmienitym doborem kolorystyki. Po seansie na pewno nikt z widzów nie będzie płakał, że go oczy bolą od nadmiaru jaskrawych barw. Fantastyczne położenie cieni zwłaszcza w scenach z udziałem Calcifera robi bardzo pozytywne wrażenie. Płynność animacji to kolejny plus Hauru no Ugoku Shiro. Łagodność ruchu przywodzi na myśl bajki z byłego Związku Radzieckiego, którymi byłam karmiona we wczesnym dzieciństwie. Kto kiedykolwiek miał okazję widzieć Konika Garbuska albo Wasylisę ten będzie wiedział o czym mówię. Wiedzieć będą również wszyscy ci, którzy oglądali choćby fragment występu zespołu tanecznego Matrioszka. W dobie Shreków, Ratatuille'ów i innych komputerowych animacji trudno o obraz, który mógłby dorównać im pod względem przedstawienia ruchu. Pod tym względem Hauru... ma się całkiem nieźle. Na pewno mógłby być przykładem dla studiów animacyjnych, które wypuściły na rynek takie tytuły jak <i>Gilgamesh, Kizuna, Mahou Sensei Negima</i> czy choćby Fushigi Yuugi.

Totalnym zaskoczeniem była dla mnie muzyka. Joe Hisaishi odczuwalnie nawiązuje do okresu romantyzmu wykorzystując przy tym pełny skład orkiestry symfonicznej (warto przypomnieć, że dopiero za sprawą Beethovena pojawiły się w sekcji dętej puzony i saksofony. W okresie klasycznym - Mozart, Haydn - nie korzystano z w/w instrumentów z prozaicznego powodu, po prostu ich nie było). Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z kompozycjami Czajkowskiego, Schumanna czy choćby Mendelsohna - Bartholdy'ego od razu będzie wiedział, czego spodziewać się po soundtracku z Hauru... Szerokie, rozbujane melodie przywodzą na myśl dziewiętnastowieczne bale, romantycznie przyćmione światło świec, liryczne wiersze, obłoki pędzone wiatrem po błękicie nieba. Jednym słowem raj dla marzycieli, lubiących zagubić się w rozlewisku dźwięków. Słodko i tęsknie pobrzmiewające smyczki, śpiewny głos rożka angielskiego, mroczne tony puzonu i fagotu - plejada muzycznych nastrojów oddająca w pełni dramatyzm fabuły.
Spotkałam się z dość krytyczną oceną kompozycji Joe Hisaishi'ego. Recenzenci zarzucali mu nastrojowość nieadekwatną do scen oraz ogólne wrażenie braku dopasowania charakteru soundtracku do dzieła Miyazakiego. Wydaje mi się jednak, że te zastrzeżenia wynikają bardziej ze świadomości iż jest to produkcja japońska. Aż chciałoby się usłyszeć pobrzękujący shamisen. A tymczasem mamy do czynienia z zakotwiczoną w romantyzmie ścieżką dźwiękową z Krajem Wschodzącego Słońca niemającą nic wspólnego. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę umiejscowienie akcji, z gruntu europejski wygląd bohaterów, podeprzemy to jeszcze pierwowzorem literackim (autorka) i dodamy na koniec praktyczny pierwiastek marketingowy (Ghibli w końcu tworzy dzieła na skalę światową, które mają trafić do szerokiej widowni - również amerykańskiej, która jak powszechnie wiadomo rozgarnięta nie jest) od razu mamy odpowiedź dlaczego soundtrack brzmi tak a nie inaczej.
Nie jestem wielbicielką muzyki romantycznej. Z tego okresu toleruję (tak, to doskonałe słowo) Johanna Straussa - syna, Wieniawskiego, Rossiniego i niektóre kompozycje Czajkowskiego. Smętne, rozwlekłe melodie zupełnie mi nie leżą (a raczej zalegają na wątrobie), więc i ścieżka dźwiękowa z Hauru... nie przypadła mi do gustu. Słuchana podczas emisji filmu nie rzuca na kolana ale i nie drażni. Natomiast sama w sobie nie jest atrakcyjna na tyle, bym chciała do niej kiedykolwiek powrócić.

Podsumowując, Hauru no Ugoku Shiro polecam każdemu, kto lubi robione z rozmachem historie obyczajowe z lekką nutką dramatyzmu. Wspaniałe obrazy, romantyczna muzyka i chwytająca za serce opowieść to jest to, co powinno wzbudzić sympatię i zmobilizować tych, którzy jeszcze nie widzieli tego obrazu do jego obejrzenia. Tych, co już kiedyś widzieli zachęcam do ponownego seansu. Z całą pewnością jest to film, który zasługuje na kilkukrotną emisję. Podobnie jak inne dzieła spółki Miyazaki/Ghibli. Do czego gorąco zachęcam.
Anna "Lau" Ćwik



